Hong Kong, miasto które pokochałem od pierwszego wejrzenia!!!

Hong Kong, miasto które pokochałem od pierwszego wejrzenia!!!

by Damian Drazek, 15 kwietnia 2014

Jesteśmy od trzech tygodni na Filipinach i ciężko poskładać myśli w jakąś sensowną kupę i znaleźć czas na cokolwiek, ale postanowiłem napisać posta o Hong Kongu, póki jeszcze cokolwiek pamiętam. Otóż moi mili, z czystym sercem i sumieniem, a nawet z czystymi nogami i skarpetkami (nie noszę, bo za gorąco), mogę powiedzieć, że Hong Kong jest najlepszym i najpiękniejszym miastem w jakim miałem przyjemność gościć do tej pory.

Vibe tej metropolii jest nie do opisania, więc stoję przed bardzo trudnym zadaniem haha, ale postaram się Wam przybliżyć najlepiej jak tylko potrafię atmosferę tego mega czaderskiego miejsca. Otóż pierwsze odczucia są takie, że Hong Kong dosłownie kipi energia i jest to energia pozytywna, niestety nie mogę tego samego powiedzieć o Manili i Cebu, dwóch największych miastach Filipin, które również mają wartość energetyczną miliona redbull”i, aczkolwiek w tej energii jest bardzo dużo szkodliwych dla zdrowia składników nie tylko spożywczych, ale o tym będzie w kolejnym poście.

My Polacy przyjęliśmy mówić, że „jesteśmy sto lat za murzynami”, otóż to powiedzenie jest ironiczne i żartobliwe, jednak nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, bo to raczej kraje afrykańskie są opóźnione w stosunku do nas, jednak jeśli chodzi o Hong Kong, który leży na terytorium należącym do Chin, mogę bez pardonu powiedzieć, że jesteśmy sto lat za Chińczykami. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jedno miasto nie oddaje złożoności i bogactwa całego kraju, ale jest jednak jakimś jego odzwierciedleniem.

Dla tych którzy nie wiedzą, Hong Kong to wyspa, która była kolonią angielską od roku 1847 do roku 1997, a objawia się to szczególnie tym, że bardzo dużo Chińczyków mówi tam po angielsku w przeciwieństwie do reszty kraju środka. Hongkong rozwinął się znacznie w XX wieku, stając się swoistym pomostem gospodarczym i kulturalnym między światem zachodnim a komunistycznymi Chinam, ale wystarczy tych suchych faktów, przejdźmy do totalnej podjarki i opisu prosto z serca.

A więc od czego by zacząć?? Może od początku.  Świeżo po wylądowaniu nogi nam się jeszcze trzęsły, bo lądowaliśmy w burzę i mgłę, niestety były to chwile zgrozy i nic śmiesznego w tym nie było, nawet sam pilot tuż po wylądowaniu przyznał, że miał pietra. No i z tymi trzęsącymi się nogami ruszyliśmy po bagaż, rozglądając się na wszystkie strony po lotnisku, które jest mega ogromne, pełno ruchomych chodników, więc leniwi mogą ograniczyć chodzenie do minimum. Ogólnie byliśmy trochę wydygani, bo to w końcu Chiny i nigdy nie wiadomo co się może stać, ale już po pierwszych dziesięciu minutach skumaliśmy, że wszystko jest to dużo lepiej zorganizowane niż w UK, o Polsce już nawet nie wspomnę.

W strategicznych miejscach stały panie z białymi maseczkami na twarzach, takie lekarskie i pokazywały w którą stronę należy iść, dzięki czemu nie lataliśmy jak szczury po labiryncie, a gładko i szybko doszliśmy do miejsca odprawy. Tam należało wypełnić mały świstek papieru, imię i nazwisko, cel wizyty i piecząteczka z wizą na 58 dni wbita bez zbędnych pytań i smęcenia. Kolejne kroki w stronę wyjścia z lotniska, a tu miła pani pyta czy pod nasz hotel wolimy podjechać taksówką, metrem czy autobusem? Czytaliśmy u Grocha na blogu,że najfajniejsza i najtańsza opcja to autobus, więc wybraliśmy autobus, a pani doradziła gdzie kupić bilety, którym wyjściem wyjść i na jaki autobus się udać A21-Kowloon. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że jeśli zamierzamy jeździć autobusami, najlepiej jest kupic Travel-kartę za 150hkd, z czego 50hkd to depozyt, który zwracają na lotnisku przy wylocie, jak się oddaje kartę, a 100 hkd to ładunek przeznaczony na płacenie za przejazd.

Najlepsza opcja z możliwych, bo kierowca nie wydaje reszty jak chcemy zapłacić gotówką. Zaopatrzyliśmy się w owe karty i ruszyliśmy autobusem do Kowloon szukać jakiegoś taniego Hostelu. Autobus klimatyzowany, wi-fi na pokładzie działało bez zarzutu, po prostu mega pozytywne zaskoczenie już na dzień dobry 🙂 Widoki po drodze z lotniska niesamowite, tylko cholerna mgła i deszcz nie pozwalały się w pełni nacieszyć ich bogactwem. Aha, fajny motyw z kartą autobusową, można nią płacić w McDonald”s, można nią płacić w 7eleven, można nią płacić za parking i w wielu innych miejscach, przykładasz kartę do czytnika, bez wpisywania żadnych pinów, pobiera odpowiednią kwotę i gotowe, prosto i przyjemnie.

Hostel w którym się zatrzymaliśmy, nazywa się SIU HING HOSTEL i znajduje się na rogu ulic Temple i Jordan. Nie mieliśmy rezerwacji, hostelu też szukaliśmy na spontanie i warto było trochę pochodzić, bo różnica w cenie pomiędzy pierwszym Hostelem a tym, w którym się zatrzymaliśmy, czyli piątym, wynosiła 50%, więc dwa razy taniej. Za jeden nocleg w pokoju z 2 łóżkami, łazienką i klimatyzacją płaciliśmy 300hkd od osoby, więc jak na tak cudowne i bogate miasto da się przeżyc. Jeśli chodzi o dzielnicę Kowloon, to chyba nie ma lepszego miejsca w całym mieście. Wszędzie jest blisko, samo Kowloon kipi życiem, uliczki wyglądają zupełnie inaczej w dzień i w nocy, gdyż wieczorami rozkładają się uliczni sprzedawcy z podrabianymi sprzętami i ciuchami.

Zakupiłem na takim bazarze słuchawki Dre Beats, które oryginalne kosztują 140 funtów, a ja dałem 17 funtów. Nie wiem jak grają oryginalne, ale te to istny ogień, więc zakup uważam za udany. Na bazarach jest praktycznie wszystko, od ciuchów po elektronikę, z tym, że oryginalne rzeczy wbrew pozorom nie są tańsze niż w Europie, natomiast można się obłowić mega tanio w „oryginalne” ciuchy haha. Sprzedają tam takie rarytasy jak Gucci, Louis Vuitton, Prada, Versace i wiele innych po bardzo przystępnych cenach, więc maniacy metek mieliby tam jak w raju.

Jeśli chodzi o miejsca do zobaczenia, to koniecnie wyprawa na Peak Hill, najwyżej położony punkt widokowy na panoramę miasta, widoki naprawdę zapierają dech piersiach. Dostać się można autobusem lub tramwajem, który jeździ tam już od 1888 roku. Na tramwaj przeważnie są kolejki, więc wybraliśmy opcję autobusem, po prostu rewelacja, sama trasa na górę jest już niezłą atrakcją. Polecam wybrać się w bezchmurny dzień, nam się nie udało na taki trafić i troszeczkę żałowaliśmy, ale i tak był mega ogień.

Poza tym, jeśli zatrzymacie się w Kowloon, zguglujcie sobie Kowloon Park, dosłownie pięć minut z buta z centrum Kowloon i jesteśmy w rajskim edenie, nie żartuję. Jest tam piękny parko-ogród z jeziorkiem w którym pływają dziesiątki żółwi, jest miejsce z papugami i małpkami, pełen czad i oaza spokoju, a to wszystko w samym centrum miejskiej dżungli. Przy parku jest zajebisty, trzypoziomowy basen, pływając w błękitnej wodzie mamy widoczki na otaczające to miejsce drapacze chmur, po prostu rewelacja. Basen jest płatny, 17hkd za 5 godzin, z tego co pamiętam to jakieś 7pln, więc chyba taniej niż w Polsce.

Warto jeszcze wybrać się do DownTown i przypatrzeć z bliska niesamowitym drapaczom chmur, które konstrukcją i architekturą całkowicie odbiegają od tych europejskich i amerykańskich, naprawdę trzeba to zobaczyć na własne oczy.

Mieszkając na Kowloon oczywiście skosztujemy nocnego życia, nie polecam masażu, panie nagabują turystów na masaż z happy endem za 150hkd, a jak już człowiek sie da zaciągnąć na górę, to się okazuje, że za 150 można mieć zwykły masaż całego ciała i to niezbyt profesjonalny, a za happy end trzeba zapłacić 500hkd, więc w ogóle się to nie opłaca.

Jedzenie mmm. Długo by pisać o chińskim żarciu, ale lepiej jest po prostu na spontana walić od knajpki do knajpki i sugerować się raczej cenami niż wystrojem, bo smaki wszędzie są podobne, ale w zależności od klasy restauracji ceny tych samych potraw mogą się bardzo różnić, no i jak ktoś nie lubi ostrego, to ma przesrane, bo nawet zamawiając nieostre, będzie lekko ostre, zamawiając średnio ostre, bedziemy płakać podczas jedzenia, z czego będą się śmiać okoliczni Chińczycy. Nigdy nie zamówiłem niczego mocniejszego niż średnio ostre i chyba raczej przeciętny europejczyk nie będzie w stanie tego zjeść, po prostu średnio ostre jest już mega rzeźnickie.

PODOBAŁ CI SIĘ TEKST – SHOW SOME LOVE I PODZIEL SIĘ ZE ZNAJOMYMI NA FACEBOOK’U

CHCESZ REGULARNIE DOSTAWAĆ MOJE TEKSTY, ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER – CZERWONA ZAKŁADKA PO LEWEJ STRONIE i ODWIEDŹ MÓJ KANAŁ NA YOUTUBE – KLIKNIJ W ZDJĘCIE PONIŻEJ.

loggo

 

2 Comments


    • Edek
      Reply Cancel Reply
    • Czerwiec 29, 2016

    Podobał mi się bardzo artykuł. Czekam na więcej i pozdrawiam gorąco !

    • Reply Cancel Reply
    • Styczeń 19, 2017

    Hong Kong wypas miasto. Londyn gdzie mieszkam w porównaniu to wiocha. Przed HK myślałem, że pracuję w metropolii. Zafascynowany byłem niepotrzebnie tym całym angielskim szajsem. Poleciałem pierwszy raz z Cebu gdzie byłem na urlopie z moją pierwszą dzięki Bogu już ex dziewczyną z Filipin. Różnica kultur przegięła szalę jak zaczęła rzucać krzesłami i stolikiem w resorcie. Dzień później znalazłem się w HK i za bardzo dużo nie pamiętam. Było trochę jak hangover. Poznałem ziomków Afrykańczyków wcześniej Londyńczyków. Była impreza na tarasie w wieżowcu. Po kacu pozwiedzałem trochę i popróbowałem jadła. Poznałem Niemkę w windzie urodzoną we Wrocławiu. Poznałem co to sex pod prysznicem jedną nogą na desce klozetowej w ala hotelu Asia In, w Kowloon. Przypomniały mi się pierwsze pornosy z Teresa Orlowski hehe. Ogólnie co mi się podoba to, że miasto żyje 24h. Ogrom ludzi mnóstwo parków. Bardzo czysto. Najlepsza komunikacja. MTR czy double decker chyba najlepsze jakie widziałem. Skurzane kubelkowe siedzienia w autobusie ładowarka usb to telefonu. Lotnisko jedno z najlepszych jakie widziałem. Lubię biegać i zszokowany byłem profesjonalnym stadionem lekkoatletycznym w Yuen Long. Tartanowa bieżnia i wstęp na free. Biegając tam w kółko poznałem swoją obecną żonę. Oczywiście Filipinkę. Chyba było mi przeznaczone zerwać z jedną i poznać drugą właśnie w HK. Polecam to miasto. Byłem tam tylko 3 razy w zeszłym roku. W tym raz na moim ślubie. Polecam także Filipiny zwłaszcza północne rejony i prowincje w górach. Szczególnie Mindanao. Islamskie rejony na Filipinach. Dodatkowa atrakcja to to, że możecie być uprowadzenie przez islamskich rebeliantów. Oczywiście to amerykańska propaganda. Biegałem po różnych barangajach w górach i tylko raz byłem uprowadzony przez Pulis, bo podobno wkroczyłem na rejony gdzie potrzebne jest zezwolenie od komenda. Niby chodziło o islamskich partyzantów i jakieś ich lokalne potyczki w górach. Skończyło się na 1000 pesos dla kierowcy gazika za podrzucenie do rodzinnego domu narzeczonej. Jest co wspominać z Filipin. Co ciekawe pierwszy raz wybrałem się tam po lekturze Transerfingu. Dużo pisania. Pozdrawiam autora i czytelników.

Leave a Reply

Your email address will not be published Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*